Współczesny świat stale naraża nas na stresy i wystawia na próbę psychikę, wprawiając w podły nastrój. Kolejna rozmowa z szefem, jeszcze jeden telefon ze szkoły dziecka, mąż, który wybrał się na piwo z kumplami, zamiast przyjść na rocznicową kolację, wreszcie proza życia – sterta prania w łazience, niemiły telefon z banku, podarte nowe spodnie syna, a wreszcie stłuczona w kuchni szklanka. Osoby wrażliwe mają określony próg znoszenia tych drobnych niepowodzeń, często składających się w piramidę przytłaczającą człowieka jak ogromny kamień. Potem wystarczy jedna przysłowiowa kropla i gotowe. Popadamy w psychiczny dół, a stąd już tylko jeden krok i puka do drzwi depresja. Z jednej strony jest to choroba dopadająca prawie czwartą cześć ludności świata, a więc zastanawiające jest każde nasze „wpadnięcie w dołek”, a jednak nie zawsze złe samopoczucie i obniżenie nastroju musi oznaczać chorobę. Specjaliści za objawy depresji uznają długotrwały okres obniżonego nastroju, popadania w smutek, ogólnego wycofania się ze świata i zamknięcia w kręgu własnego smutku, niechęć i irracjonalne lęki. Często jednak zdarza się, ze takie stany miewamy z innych przyczyn. Przykładem może być chociażby utrata pracy i kilkumiesięczne poszukiwania. Zmaganie się z pracodawcami, ciągłym odrzucaniem ofert, zawiedzionymi nadziejami i borykaniem się z kłopotami finansowymi może spowodować, ze człowiek stale czuje się zniechęcony, przygnębiony i odczuwa strach przed przyszłością. Podobne efekty może wywołać śmierć bliskiej osoby. Nie oznacza to jednak jeszcze, że konieczne jest leczenie depresji. Często wystarczy rozwiązanie problemu, a nastrój sam wraca do pierwotnej formy i znikają wszystkie objawy. Granica między depresja a chandra jest ulotna a rozpoznać ja może jedynie specjalista.